Norwegia – Oslo

Kiedy podchodziliśmy do lądowania, samolot najpierw przebił się przez jedną warstwę chmur, potem drugą, i w końcu trzecią. Widok zza okna terminala Oslo Gardermoen nie napawał optymizmem. Długie rzędy samolotów SAS i Norwegian stały pod szarym zimowym, niebem. Wnętrze terminala stanowiło przeciwieństwo scenerii. Drewno, ciepłe światło, ściany z mchu, pokusilibyśmy się wręcz o użycie słowa „przytulnie”, o ile można tego słowa uzyć do hali przylotów.

Na lotnisku zaopatrzyliśmy się w bilety kolejowe do Oslo. Do wyboru są dwie spółki kolejowe, NSB i FLytoget. Bilet na pociąg NSB kosztuje 90NOK*, Flytoget to już koszt 180NOK.

Oslo Lufthavn to też jedno z miejsc, gdzie można kupić Oslo Pass. Oslo Pass to połączenie biletu okresowego, karty rabatowej do restauracji i karnetu do muzeum. Kosztują dużo, ale przy w miarę aktywnym zwiedzaniu zwracają się bardzo szybko. Mając Oslo Pass można przez określony czas jeździć do woli komunikacją miejską, wchodzić za darmo do większości muzeów w Oslo, a niektóre restauracje oferują zniżki po okazaniu OP. Wszystkie szczegóły znajdziecie w linku.

Kiedy dotarliśmy do Oslo Sentralstasjon, zdecydowaliśmy się na jedną z łatwiejszych opcji – Google Maps w trybie offline, niestety oferujące tylko nawigację dla samochodów. Aplikacja usilnie próbowała pokierować nas do hostelu drogą szybkiego ruchu na estakadzie zamkniętej dla ruchu pieszego. Dotarcie na miejsce zajęło nam prawie godzinę, podczas której błądziliśmy wśród hinduskich restauracji i salonów fryzjerskich. Fryzjerzy to w ogóle osobna historia, na każdej ulicy, z powodów dla nas nieznanych, jest ich co najmniej trzech-czterech. No nic, w końcu dotarliśmy do Anker Hostelu, najtańszego przybytku jaki udało nam się znaleźć w centrum. Bardzo przyjazdy pan portier o posturze i brodzie Wikinga wyjaśnił nam wszystko, i nieżywi wtoczyliśmy się do pokoju. Przybytek ten widział lepsze czasy pewnie z dekadę temu, ale nie przyjechaliśmy do Oslo delektować się zapleczem hotelowym. Czas było ruszać w miasto na pierwszy rekonesans.

Katedra w Oslo, i pierwsza okazja do przetestowania podręcznego mikro statywu.

Siedziba Partii Pracy, na placu pod nią po jednej stronie foodtruck z tacosami, po drugiej namiot z hinduską odzieżą.

Licznik, zliczający mijające rowery wczoraj i dziś. Mimo złej pogody, ulice były pełne rowerzystów w każdym wieku, regularnie pojawiały się też rowery cargo. Zresztą widoczne liczby mówią same za siebie. Taka mała sugestia dla niektórych samorządowców sugerujących, że w Polsce nie ma sensu budować infrastruktury rowerowej, bo nie mamy odpowiedniego klimatu do tego.

Akerhus

Na poważnie przygotowani do zwiedzania (mapa!) wyruszliśmy w miasto. Naszym pierwszym przystankiem był Akershus, zespół budowli obronnych, który obecnie nie pełni już żadnej roli militarnej, jest za to skarbnicą wiedzy o Norweskiej historii wojennej. Na terenie znajduje sie muzeum, do którego najlepiej wybrać się rano – my dotarliśmy tuż po otwarciu, więc mieliśmy przez chwilę całą wystawę dla siebie, ale jak wychodziliśmy – zaczynało robić się dość tłoczno.

Oprócz dość oczywistych eksponatów, jak na przykład broń palna, mundury czy makiety fortów, trafiliśmy również na „bardziej ludzkie” instalacje. Możemy przekonać się jak wygląda obraz z peryskopu U-boota, zajrzeć do wnętrza żołnierskich centrów rozrywki z czasów drugiej wojny światowej, a także z bliska przyjrzeć się replice mieszkania z czasów Zimnej Wojny. Mieszkanie to szczególnie zapadło nam w pamięci, bo zaczyna się od beztroskiego znaku (Vi har øl – Mamy piwo) a parę kroków dalej, mija się zwęglone szczątki dobytku po ataku atomowym.

Na terenie twierdzy znajdują się także rzeźby wykonane przez młodych norweskich artystów. Nawiązują najczęściej do motywów folkowych lub zwierzęcych i rozsiane są po całym terenie. Znajdowanie ich stanowi dodatkową atrakcję, szczególnie dla młodszych podróżników.

Rådhus

Plusem Oslo jest to, że wszystkie ważniejsze atrakcje są blisko siebie. Nie inaczej jest z Ratuszem, który znajduje się przy nabrzeżu, rzut sztokfiszem od murów twierdzy. Ratusz to budynek który wywołał na nas największe wrażenie, jego ciemna modernistyczna bryła wyróżnia się na tle panoramy miasta. Ręcznie lepiona cegła którą jest obłożony, a także podwójne wieże przynoszą na myśl świątynię. Przy bliższym spojrzeniu okazuje się, że budynek pokryty jest różnorakimi płaskorzeźbami i emblematami które przełamują monotonię ścian. Ratusz ten raz w roku jest na oczach całego świata, kiedy to 10 grudnia wręczana jest w nim Pokojowa Nagroda Nobla.

Podczas gdy zewnętrze robi wrażenie, wnętrze oszałamia. Wszystkie sale pokryte są malowidłami ówczesnych młodych norweskich artystów. Jednak próżno szukać tutaj przepychu i ozdób kapiących od złota. Dominuje tutaj powaga, a nie megalomania.

Jak się używa ultraszerokątnego obiektywu to wszystko może wejść w kadr, nawet trzymana w drugim ręku czapka. Może kiedyś się tego nauczę.

Sala Bankietowa Rodziny Królewskiej.

Nobel Peace Center

Jak wspomnieliśmy wyżej, w Ratuszu odbywa się coroczne przyznawanie Pokojowej Nagrody Nobla, nic więc dziwnego, że w najbliższej okolicy znajduje się muzeum jej poświęcone. Mimo małej powierzchni, jest naszpikowane interaktywnymi instalacjami, które nie tylko przybliżają nam sylwetki laureatów, ale także podają szczegóły z życia Alfreda Nobla. Nie brakuje również materiałów nawiązujących do ruchów i ideologii humanitarnej, od wywiadów do wycinków prasowych. Możemy z bliska zobaczyć jak formowały się fundacje, jak w społeczeństwie kiełkowała idea pomocy, zarówno na wielką, jak i lokalną skalę. W czasie naszego pobytu większą część centrum zajmowała tymczasowa wystawa poświęcona Carlowi von Ossietzky, niemieckiemu pisarzowi i pacyfiście, przeciwnikowi III Rzeszy.

Pokój poświęcony laureatom. Tabliczki przedstawiają ich zdjęcia, po dotknięciu pojawiała się krótka biografia i słynne cytaty.

Muzeum Ibsena i Zamek Królewski

Na koniec dnia skusiliśmy się na jeszcze jeden obiekt – Muzeum Ibsena. Niestety było już blisko zamknięcia, i okazało się, ze ostatnia prezentacja z przewodnikiem zaczęła się paręnaście minut wcześniej. Przyznajemy szczerze, ze nasza wiedza o Ibsenie jest dość nikła, ale chyba właśnie dla takich osób stworzono to miejsce. Znajdowało się tam dużo informacji na temat jego życia, memorabilia, odniesienia do popkultury. Można było także zobaczy film z próbką jego twórczości.

Ostatnim przystankiem tego dnia był zamek królewski. Niestety, ze względu na porę roku był zamknięty dla zwiedzających, jednak z podnóża zamku roztaczał się piękny widok na Oslo.

Opera

Operę pierwszy raz zobaczyliśmy z murów twierdzy. Jednak dopiero na koniec drugiego dnia pogoda poprawiła się na tyle, że zdecydowaliśmy się wejść na Operę. Na nią, gdyż jej dach płynnie schodzi do poziomu ulicy, i możliwe jest wejście na jej szczyt, skąd roztacza się doskonała panorama Oslo i Oslofjordu. Składająca się z samych kantów, i obłożona białym marmurem, wyglądała dla mnie jak mieszanka pochylni dla statków, statku (sic!) kosmicznego, i górskiego szczytu. Marznąc w zimowym wietrze, mogliśmy sobie tylko wyobrażać jak przyjemne jest siedzenie u góry słoneczny letni dzień. Kolejny powód żeby do Oslo wrócić. Jeżeli uznacie, że bliższa wam jest kultura wysoka, niż kultura wysoko, tutaj możecie przejrzeć repertuar i kupić bilety.

Statki

Kwadrans autobusem linii 30 od dworca Oslo S, na półwyspie Bydgøya, położone są cztery muzea poświęcone bogatej norweskiej historii morskiej. DLa Norwegii, kraju gdzie wszędzie jest blisko do wybrzeża, morze zawsze było źródłem łupów, drogą handlową, celem ekspedycji i miejscem przygód, i bez sensu byłaby próba opisania tutaj chociażby ich cząstki. Mogę jedynie napisać jak doskonale urządzone są norweskie muzea. Jak już wspominaliśmy wcześniej, są bardzo multimedialne, pełne filmów, animacji, gier, a dodatkowo wszystko można dotknąć.

Wszystkie opisane poniżej muzea są dostępne za darmo przy okazaniu Oslo Pass.

Muzeum Kon-Tiki

Thor Heyerdahl był norweskim archeologiem i podróżnikiem, głosicielem przełomowej wówczas teorii, że wyspy Polinezji zostały zasiedlone przez mieszkańców Ameryki Południowej, którym udało się przebyć Ocean Spokojny na prostych tratwach z drewna balsa. Teza ta nie znalazła poparcia wśród mu współczesnych, więc postanowił udowodnić ją poprzez spróbowanie tej podróży jeszcze raz, na tratwie zbudowanej według starożytnych technik. I udało mu się, po 101 dniach żeglugi przez ocean dotarł do bezpiecznego atolu.

Muzeum Fram i Gjør

Po spotkaniu z południowymi morzami, przenieśliśmy się na biegun. Sąsiedni muzeum poświęcone jest norweskim ekspedycjom polarnym na statkach Fram i Gjør, odbytych przez m.in. przez słynnych podróżników Fridtjofa Nansena i Roalda Amundsena, zdobywcę obydwu biegunów. Gjør jest aktualnie w renowacji, ale na Fram można wejść i zobaczyć jak grupa badaczy żyła przez wiele lat na tym ciasnym statku pośród lodów Arktyki.

Dla podróżników znudzonych samym zwiedzaniem przygotowano kilka mini-gier, dzięki którym mogą sprawdzić, czy poradzą sobie na północy – można przetestować refleks, postrzela do wirtualnych dysków, a nawet sprobować przeciągnać 300kg (waga sań i ekwipunku).

Muzeum Łodzi Wikingów

Ostatnim muzeum do jakiego weszliśmy było Vikingskipshuset, Muzeum Łodzi Wikingów. Ekspozycja była wyjątkowo skromna, w białym ascetycznym budynku na planie krzyża stały cztery wikińskie długie łodzie. Z tego co się później dowiedzieliśmy, jest to sytuacja tymczasowa i niedługo otwarte zostanie nowe, duże Muzeum Wikingów ze znacznie bogatszymi zbiorami.

Rejs

Nasz pobyt z Oslo zakończyliśmy rejsem pomiędzy wysepkami fiordu. Z nabrzeża pod ratuszem wypływają promy kilkunastu różnych relacji, od wielkich płynących do odległych miast, do skromnych łodzi służących jako tramwaj wodny. Nas interesował szczególnie prom B1, zaczynający i kończący swoją trasę pod ratuszem, po drodze zaliczając przystanie na kilku wysepkach. Plusem jest też to, że bilet na niego jest wliczony w Oslo Pass. Chociaż nowoczesny prom ze stali i włókna szklanego miał niewiele wspólnego z drakkarem, trudno było choć przez chwilę nie poczuć się wikingiem, widząc jak przecina się lodowatą czarną wodę. Albo mamy zbyt bogatą wyobraźnię.

I to podczas tego rejsu nastąpił pierwszy wypadek podróży. Mikro statyw, dopiero co kupiony z myślą o fotografowaniu zorzy polarnej, postanowił ze podzieli się na dwie, niezłączalne już części. Nie pozostało nam nic innego jak zacytowanie innego słynnego podróżnika, i ciągła improwizacja z podpieraniem aparatu plecakiem i termosem.

Widoki

Oslo jest stolicą a zarazem największym miastem Norwegii. Co prawda zagęszczenie ludności nie jest tu tak skumulowane jak w Islandii, gdzie w Reykjaviku mieszka 1/3 całej populacji wyspy. W tym 5 milionowym kraju, Oslo zamieszkuje 700 tysięcy mieszkańców. Liczba bardzo podobna do Poznania, ale mniej więcej na tym kończą się porównania.

Siatka komunikacyjna jest wysoce rozwinięta (do standardowych autobusów i tramwajów dołącza metro, pociągi aglomeracyjne a także wspomniany wyżej tramwaj wodny.)

Jest tu też trochę inaczej jeśli chodzi o sposoby spędzania wolnego czasu – zdecydowanie łatwiej znaleźć kawiarnie niż pub, a te pierwsze nawet popołudniami są pełne ludzi.

Trochę inaczej podchodzi się również do segregacji śmieci – do każdego produktu w puszce czy butelce plastikowej dolicza się kaucję, którą później można odebrać zwracając opakowania do specjalnych automatów. Nieporównywalnie wygodniejsze niż trzymanie paragonów i konieczność zwrotu w tym samym sklepie w którym się dokonało zakupu.

My przyjechaliśmy do Oslo w środku zimy, kiedy cześć atrakcji jest niedostępna (jak np. rejs żaglowcem po fiordzie) lub niezbyt wykonalna – bo do parku w Vigelandzie niby można się wybrać, ale nie jest to najbardziej wyczekiwana cześć podroży przy ujemnych temperaturach i wietrze.

Wyjazd zaplanowaliśmy okołoweekendowo (przylot w piątek wieczór, wyjazd w poniedziałek rano). Warto jednak rozszerzyć pobyt o 1-2 dodatkowe dni (byle nie poniedziałek! wtedy muzea są zamknięte), a także mierzyć siły na zamiary – muzea są dobrze zaplanowane, w większości da się spędzić spokojnie ok 3 – 4h.

Jak to mówią, Oslo przysło i poslo. W poniedziałek rano oddaliśmy klucze do pokoju, i objuczeni bagażem podreptaliśmy z powrotem na dworzec kolejowy, tym razem na pociąg do Trondheim. Wtedy już wiedzieliśmy że drogę między hostelem a dworcem można pokonać w 10 minut dostojnym spacerem jeżeli tylko zna się drogę zamiast ufać Google Maps. Ale parafrazując już koszmarnie oklepany cytat z Władcy Pierścieni, wtedy zaraz po przyjeździe nie błądziliśmy, tylko wędrowaliśmy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *